W co się ubrać na Wigilię?

by MARINOVSKA

Święta to czas rodzinnych i przyjacielskich spotkań,  zwłaszcza w naszym kraju okres tradycyjny i uroczysty. Pomimo, że w dzisiejszych czasach panuje znacznie większa swoboda ubioru, to jednak podczas świątecznych spotkań powinniśmy przestrzegać paru reguł. Poprzez swój wygląd okazujemy szacunek współtowarzyszom wigilijnej kolacji oraz jest to dowód uprzejmości w stosunku do gospodarza. Odpowiednio dobrany strój przede wszystkim wprawi w nas w lepsze samopoczucie, będziemy czuć się komfortowo, wiedząc, że nie popełniliśmy żadnej gafy. Skoro dokładamy wszelkich starań by prezenty były pięknie spakowane, stół odpowiednio zastawiony, my też musimy wyglądać odświętnie.

Wigilia jest uroczystą kolacją, więc obowiązywać nas będą zasady tak jak na przyjęcia wieczorowe, nie ulegałabym sezonowym tendencjom i postawiłabym na niezawodną klasykę. Szaleństwa i ekstrawagancję zostawmy sobie na sylwestra ;).

Ubiór: Prosta sukienka i delikatne dodatki to zawsze dobry pomysł. Idealne na tą okazję będą kolory bordo, głęboka zieleń, granat również z delikatnym połyskiem lub złotymi wstawkami.Zamiast sukienki proponuję również zestaw sweterek+spódnica lub eleganckie spodnie.

Buty: Najlepiej z lakierowanej skóry, zamszowe lub satynowe.

Dodatki: Delikatne do wzorzystych, błyszczących kreacji, większe, bardziej ekstrawaganckie do prostszych stylizacji. Do klasycznych sukienek dobieramy nowoczesne dodatki i na odwrót – do bardziej ekstrawaganckich krojów dobierzemy klasyczną lub postarzaną biżuterię.

Zapach: Wieczorowy, ulubiony, pasujący do naszej osobowości i stylu.

Przy skromniejszych sukienkach można odważniej dobrać buty i rajstopy, na przykład takie w delikatny wzór lub w innym  niż czarny kolorze.


Modowa Mapa Mediolanu: Fondazione Prada

by MARINOVSKA

Jeśli ktoś zechciałby podziwiać ponadczasowe kolekcje Prady, piękne suknie, garnitury czy galanterie niech lepiej stanie przed jedną z witryn w galerii Vittorio Emanuela w centrum Mediolanu, bo tutaj… ich nie znajdzie. Nie jest to miejsce poświęcone dorobkowi marki Prada, a miejsce, które ten dorobek wykorzystuje, sponsorując ciekawych artystów sztuki współczesnej. Fondazione Prada to element specyficznego rodzaju promocji marki, gdzie nie pokazując swych produktów, ta galeria stanowi swoistą reklamę duetu Prada-Bertelli.

Niektórzy mogą rzec, że całe kolekcje, a zwłaszcza akcesoria takie jak torebki, buty i paski, od których przecież wszystko się zaczęło, stanowią dzieła sztuki same w sobie. Jednak Prada, przenosząc się na inny poziom, w 1995 roku tworzy fundację skupioną tylko na sztuce: kontrowersyjnej, elektryzującej, dziwnej. Sztuce, która w żaden sposób nie idzie w parze ze słynną torebką Saffiano. Tutaj, w miejscu stworzonym przez wspaniałych projektantów i strategów branży fashion, sztukę i modę oddziela wyraźna granica.

Fondazione Prada, kierując się swoim instynktem, wybiera artystów ciekawych, niebanalnych i odważnych, zyskujących popularność na całym świecie. Nie tak dawno wybór padł na naszą rodaczkę, Goshkę Macugę, która ostatniej zimy swoją ekspozycją oczarowała samą Muccię Pradę. Zazwyczaj pojawiają się ekspozycje różnych artystów jednocześnie na przykład Williama N. Copleya, Bette Saar czy Edwarda Kienholtza, każda inna od poprzedniej i traktująca o odmiennym zagadnieniu.

Nie jest to sztuka łatwo rozumiana, może przez to i niedoceniana? Z pewnością wielu turystów przyciąga popularna nazwa marki. Przecież Włochy i ich rzymskie czy florenckie galerie tak rzadko identyfikowane są ze sztuką współczesną. Dlatego to miejsce, położone poza centrum włoskiej metropolii, może jednych przyjemnie zaskoczyć, drugich porządnie rozczarować. Ważne jest, by sprawdzić aktualne ekspozycje przed podjęciem decyzji o wizycie w tym miejscu. Nie bez powodu padło wcześniej słowo ,,kontrowersyjna”.

(Bilety ulgowe kosztują 8 Euro, normalne 10. Nie jest wymagana wcześniejsza rezerwacja, bilety dostępne są również online. Nieczynne we wtorki. Można dojechać linią M3 (Loddi), ale potem trzeba jeszcze liczyć 15-minutowy spacer. Autobusowa linia 65 podjeżdża niemal pod sam kompleks budynków Fundacji.)


Far from heaven, but close to fall (2002)

by MARINOVSKA

Nie ma się co czarować. Jesień. Nie zawsze jest słoneczna i złota. Coraz częściej wraz z kolorowymi liśćmi przynosi zapowiedź wcześniejszej zimy i mroźnych, listopadowych wieczorów. To ten czas, kiedy niejednokrotnie przekładasz spotkania ze znajomymi i – zasłaniając się brakiem czasu – lądujesz pod kocem.

Co obejrzeć? Na świąteczne filmy jeszcze za wcześnie, a te letnie napawają tylko niepotrzebną irytacją. Jest parę tytułów, które skutecznie zwalczą jesienną chandrę, choć mogą zostawić nas w zadumie. Jednym z nich jest ,,Daleko od Nieba”.

Jak wiele amerykańskich produkcji, jest to remake czarno-białego filmu ,,Wszystko na co niebo zezwala” (1955). Opowiada historię Cathy, wzorowej kobiety lat pięćdziesiątych: żony i matki na pełen etat, która z wymuszonym uśmiechem serwuje amerykańskie apple pie, w zamian otrzymując buziaka w policzek godnego córeczki tatusia. To obraz kobiety, która niczym swoja czarnoskóra służąca zamiata pod dywan każde rozczarowanie oraz upokorzenie. Kobiety, która wydaje się mieć wszystko, stojąc na czele małomiasteczkowej Society. Jednak problemy małżeńskie, starannie maskowane podczas kolacji i towarzyskich koktajl party, wychodzą na jaw, gdy Cathy przyłapuje swojego męża, Franka, na zdradzie z innym mężczyzną. Osamotniona szuka zrozumienia, które znajduje na terenie własnej posiadłości. Pomiędzy nią a czarnoskórym ogrodnikiem nawiązuje się nić przyjaźni zrodzona z potrzeby akceptacji i wyrażenia własnych potrzeb.

Film w subtelny, lecz stanowczy sposób kreśli barwne tło dla bohaterów – i nie chodzi tu o kolorystykę jesiennej pory. Lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku to czasy budzenia się kapitalistycznej Ameryki, wiara w American Dream; to segregacja rasowa, bunt Rosy Parks oraz sztywne konwenanse społeczne. W takich realiach zmagania głównych bohaterów muszą pozostać w czterech ścianach. Amerykańskie społeczeństwo jest jeszcze zbyt niedojrzałe, by rozróżnić homoseksualizm od choroby czy rasizm od tolerancji, i – choć dopiero pokonało nazizm – uważa się za nadludzi w stosunku do czarnoskórej ludności.

W swoich klasycznych ramach melodramatu, acz bez przesadnego patosu, produkcja stara się skupić na dwóch wątkach, które (odpowiednio rozbudowane), mogłyby stanowić fabułę dla różnych filmów. Jednak reżyser Todd Haynes konsekwentnie je łączy, przez co stuminutowy seans zostawia nas z uczuciem niedosytu. Hollywood ma w zanadrzu interesujący wątek niespełnionego męża, człowieka z całym wachlarzem emocji i słabości, wciąż jednak powiela szablon i prezentuje sylwetkę pana domu z czasów Eisenhowera – mającego liczne romanse w mieście, podczas gdy naiwna żona czeka na niego przy zastawionym stole w domu na przedmieściach.

Film mierzy się z ciekawą tematyką. Mimo swojego gatunku, jest bardzo oszczędny w ekspresji, co jednak wcale mu nie ujmuje. Czasem szept lub spojrzenie są głośniejsze od krzyku i morza łez – ten film to udowadnia. Dławi emocje w swoim własnym gardle, tak jak zmuszeni są do tego jego bohaterowie.


TYTUŁ

FAR FROM HEAVEN

REŻYSERIA

TODD HAYNES

KOSTIUMY

SANDY POWELL

ULUBIONY CYTAT

CATHY: That was the day I stopped believing in the wild ardor of things. Perhaps in love, as well. That kind of love. The love in books and films. The love that tells us to abandon our lives and plans, all for one brief touch of Venus. So often we fail at that kind of love. The world just seems too fragile a place for it. And of every other kind, life remains full. Perhaps it’s just we who are too fragile.



Modowa Mapa Mediolanu: Libreria dello specttacolo

by MARINOVSKA

Jednym z moich ulubionych miejsc w Mediolanie jest Bar Magenta – w centrum, ale nieco na uboczu, przez co nie zagląda tu chmara turystów, choć zawsze jest żywo, zwłaszcza w porze aperitivo i słynnych happy hours. Co zabawne, dopiero niedawno odkryłam, że tuż za rogiem jest księgarnia całkowicie poświęcona tematyce kina, teatru i opery! Tak, takie książkowe sklepy istnieją, mają duszę i przyjemnie się tam buszuje wśród regałów. To fantastyczne miejsce sprawiło, że ta okolica jest jedną z najczęściej przeze mnie odwiedzanych.

Już same witryny ,,Libreria dello Specttacolo” przyciągają wzrok: biografie wielkich gwiazd, stare wydawnictwa spektakli, liczne vademecum teatralne.W środku jest jeszcze lepiej – plakaty, mnóstwo magazynów kinowych, roczniki, miesięcznik, jeszcze więcej książek oraz.. pudła ze scenariuszami oper i sztuk teatralnych a nawet nuty!

Zazwyczaj nanosząc punkty na blogową MMM skupiałam się na opisie przede wszystkim miejsca, swój strój przedstawiając tylko za pomocą zdjęć. Tym razem postanowiłam poświęcić mu parę słów; moda na ulicach Mediolanu wbrew pozorom nie jest tak różnorodna i ekstrawagancka, jakby się mogło wydawać, ale o tym kiedy indziej, Mimo, że wygoda miejskiego życia powinna zobowiązywać do biegania w płaskich, wygodnych butach, ja jednak wiernie trzymam się swoich upodobań i częściej wybieram szpilki. Można też zawsze pójść ze sobą na kompromis, wziąć trochę większą torbę i do niej wrzucić buty na zmianę. Do dziś pamiętam jak w Nowym Jorku, niemal każda dziewczyna, niezależnie czy w sukience, czy eleganckiej garsonce w swojej porze lunchu biegała w…sneakersach, zmieniając je później pod biurkiem w pracy na stosowniejsze obcasy. Ja jednak wolę, zwłaszcza do spódnic, i o tak wymagającym kroju jak tulipan wybierać szpilki, ewentualnie lekkie, kobiece balerinki. W tej wersji, moje kokardki powędrowały na tył, bowiem do szpilek dobrałam ozdobne skarpetki, które można znaleźć w najnowszej kolekcji Calzedonii – lub w wersji bardziej ekonomicznej czy „zrób to sam” do bawełnianych skarpetek doszyć kokardki zrobione z kupionej w pasmanterii satynowej wstążki. Wiem, że dla wielu osób zestaw szpilki+skarpetki to wciąż ryzykowny zabieg, ale hej! Jesteśmy w Mediolanie!


Milan Fashion Week #MFW part 2

by MARINOVSKA

Podczas MadMood Fashion Week Milan odbyła się również prezentacja kolekcji torebek Caresta, rumuńskiej marki galanterii i akcesoriów. Produkty marki Caresta charakteryzują się prostym acz eleganckim wyglądem, to bardzo przyjemne dla oka modele, które zabrałabym ze sobą i do pracy i na wieczorne wyjścia, co idealnie podkreśliły modelki swoim lookiem.. Elegancka marynarka, koronkowa spódnica i szpilki… Niby biurowy uniform..ale jak seksowny również po zmroku.


Milan Fashion Week #MFW 1

by MARINOVSKA

Gdy powoli szum MFW cichnie, a wzrok wszystkich entuzjastów mody skierowany jest na Paryż, pora na moją relację, z tego wydarzenia. Oczywiście, jako świeżynka w blogerskim świecie, mój Fashion Week nie kręcił się wokół prezentacji takich kolekcji jak Prada czy Armani, jednakże, miałam przyjemność wziąć udział w kilku pokazach i wyśmienitym konkursie dla młodych projektantów. Ale po kolei.

Moda jako stała wiecznie zmienna, swoją zmienność wyraża przez zapotrzebowanie i percepcję odbiorców, a traktowana jako forma sztuki jest stale subiektywna. W moim pojęciu nie musi być skandaliczna, ekstrawagancka czy szokująca, ten rodzaj napięcia wolę odczuwać na widowni w teatrze, ale musi zachwycać, dawać poczucie estetyki i oryginalnego piękna. Powinna być kobieca, gdy jest dla kobiety, być męska gdy dedykowana mężczyźnie, rzadko na odwrót…Pokaz serbskiej projektantki Mariji Sabic, właśnie taki był, jej projekty to kwintesencja kobiecości: delikatne, zmysłowe i eleganckie. Anty unisex. Efekt wow, ale bez wymuszonego przekombinowania. Cała kolekcja, począwszy od skromnych i eleganckich kostiumów aż do sensualnych acz bogato zdobionych sukien wieczorowych przypadła mi do gustu. Niemniej jednak kilka rzeczy wyjątkowo utkwiło mi w pamięci..a jedną z sukienek chciałabym zobaczyć jeszcze raz…tylko tym razem wiszącą w mojej szafie.


Pożegnalny Walc (1940)

by MARINOVSKA

Skąd w filmach melancholijne rozmyślania przy oknie, bieg w deszczu, miłość od pierwszego wejrzenia? W skrócie: te wszystkie banały na które przewracamy oczami z niesmakiem? Jak bardzo te zabiegi wydają się nam utarte? Warto pamiętać, że to, co dziś wydaje się oczywiste, kiedyś było inne – świeże, a nawet skandalizujące.Przedstawiam wam klasyk gatunku, romantyczne arcydzieło, powód szlochu w ciemnych salach kinowych. Szlak, którym podążali wszyscy ci, którzy chcieli stworzyć idealny film o miłości. Nie, dziś nie o Titanicu, a o ,,Pożegnalnym walcu”, amerykańskiej produkcji z 1940 roku.

Już samo tłumaczenie tytułu przywodzi na myśl coś ulotnego, nostalgicznego. Te skojarzenia są jak najbardziej słuszne i będą nam towarzyszyć podczas całego seansu. Ależ ja uwielbiam takie filmy – czyste w formie i wierne gatunkowi!Historia, która zaskarbiła moje uznanie od ,,pierwszego obejrzenia”, to opowieść o młodziutkiej baletnicy i żołnierzu., którzy, po pierwszym spotkaniu na Londyńskim moście Waterloo, zakochują się w sobie w przeciągu jednego dnia. Niezbyt skomplikowany początek. Melodramatycznego smaczku dodaje jednak historyczne tło I Wojny Światowej, czarno-biała oprawa i przepiękna muzyka klasyczna.

Na przestrzeni ostatnich osiemdziesięciu lat o talencie Vivien Leigh wszyscy napisali już chyba wszystko. Ja dodam tylko, że jej gra aktorska w tym filmie jest zniewalająca. Stworzyła dynamiczną, wspaniale rozwiniętą postać z szerokim wachlarzem emocji. Vivien potrafiła powiedzieć więcej jednym spojrzeniem, niż niejedna aktorka podczas monologu. Ten film to nic innego, jak zwiastun jej umiejętności, które dwa lata później potwierdzają się w ,,Przeminęło z wiatrem”. Podczas seansu wzrok momentami płatał mi figle, bo zamiast Vivien, czyli filmowej Myry, widziałam naszą piękną Annę Dymną, a zamiast Virigini Field (wcielającej się w rolę jej najbliższej przyjaciółki Kitty) – młodą Mieczysławę Ćwikilńską!

Choć film ma już ponad 75 lat (!), a niektóre konwenanse odeszły w zapomnienie wraz z okresem wojennym, nie sposób nie darzyć bohaterów ogromną sympatią. Z przyjemnością patrzyłam na główną bohaterkę w otoczeniu jej przyjaciółek-tancerek, które plotkują, marzą i zakochują się dokładnie tak jak my teraz.


TYTUŁ

POŻEGNALNY WALC

REŻYSERIA

MERVYN LEROY

KOSTIUMY

ADRIAN

ULUBIONY CYTAT

Roy: The wonderful thing about living is that this sort of thing can happen. In the shadow of a death raid, I can meet you and feel more intensely alive……than walking around in peacetime, taking my life for granted.

Myra: It’s a high price to pay for it.

Roy: I don’t think so.

Myra: I do.



Modowa Mapa Mediloanu: Via Giardini

by MARINOVSKA

Minęło już trochę czasu, odkąd wypowiedziałam swoje pierwsze Ciao! w Mediolanie. Choć lato nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa, jesień zbliża się nieubłaganie, co zwiastują nie pierwsze kolorowe liście, ale modelki pojawiające się na ulicach Mediolanu, przypominające o nadchodzącym szaleństwie Milan Fashion Week. Czujesz, że zaczynasz żyć w rytmie miasta, gdy powoli, powoli, albo jakby to powiedzieli włosi piano, piano tworzysz swoje rutyny, masz już swoje ulubione miejsca, potrafisz podpowiedzieć zagubionemu turyście gdzie i jak się dostać, wykłócić się o stolik po włosku, i to z użyciem gestów!

Mówi się, że, nie ma lepszego miejsca niz Paryz by się zakochać, nigdzie pierogi nie smakują tak jak w Polsce, a najlepsze miejsce na karnawał to Rio. Cóż… ja myślę, że nigdzie nie czyta i nie kupuje się ,,Vogue’a” tak jak w Mediolanie! Stąd mój kolejny „punkcik” na mapie. Dosłownie, punkcik, małe miejsce. To uroczy kiosk na Via Giardini, w okolicy stacji metra Montenapoleone, tuż przy Armani Cafe i słynnym pomniku prezydenta Sandro Pertini, który wyglądem przypomina raczej mini wersję nowojorskich schodów na Time Square.

Miejsce bardzo Vogue, bardzo mediolańskie.


,,Miłość i inne nieszczęścia"- po co są komedie romantyczne?

by MARINOVSKA

A gdyby tak Holly Golightly mieszkała w Londynie, a pod pachą zamiast rudego bezimiennego kota miała ostatnie wydanie Vogue? 
Wyglądałaby jak Brittany Murphy, a nie Audrey Hepburn, choć zamiłowanie do klasycznego uroku by pozostało. Ta pierwsza – bardziej nam współczesna – biega angielskimi ulicami w lekkich balerinkach i męskiej, białej koszuli. Druga ,,rządzi w swojej sukience Givenchy” na Piątej Alei. Choć pozornie różne, to jednak obie są wciąż uosobieniem elegancji, doskonałej w swej prostocie! Doskonała prostota! To wyrażenie oddaje zarówno styl bohaterki jak i całego filmu ,,Miłość i inne nieszczęścia”. To lekka, przyjemna komedia romantyczna z deszczem, Londynem i cudownymi kreacjami w tle. Z fabułą dość prostą, ale zarazem tak uroczą i humorystyczną, że przymykamy na to oko. Bo czyż happy end nie jest domeną tego gatunku? Czy to właśnie ów happy end nie jest powodem dla którego sięgamy po takie filmy? Bez zbędnej hipokryzji trzeba przyznać, że i filmy o superbohaterach też są nieskomplikowane w swej fabule (walka dobra ze złem) i mają oczywiste zakończenia (dobro zwycięża). Przy ocenie tego gatunku warto zastanowić się, dla jakiego widza powstał: szukającego rozrywki z przejrzystym morałem. Czy to coś złego, że z ekranu padnie wprost: miłość i przyjaźń są ważne? We współczesnym świecie łatwo zgubić sens takiego „banału” – i właśnie 90 minutowy seans może nam go przypomnieć. Zawsze, gdy sięgam po ten film, żałuję, że nie było nam dane poznać się bardziej na talencie aktorki. Trzeba to przyznać – Brittany Murphy nie zawsze trafnie wybierała role. Niemniej jednak w „Miłości i innych nieszczęściach” tworzy ujmującą, ciepłą postać Jacks. Współczesnej Holly, która konfrontuje nasze wyobrażenia o miłości z rzeczywistością. Momentami można odnieść wrażenie, że niektóre sceny i zachowania bohaterów są jakby wyjęte z melodramatu. To celowy zabieg – w końcu ta komedia to nic innego, jak satyra na związki i relacje międzyludzkie. Świeżość, styl i humor serwowany po brytyjsku – to wszystko tworzy z filmu smakowity kąsek. Taki, jakim komedia romantyczna być powinna.


Title

Love and other Disasters

Director

Alek Keshishian

Costumes

Michele Clapton

Favorite Quote

Jacks: I keep hoping that I’ll grow into it. That maybe one day I’ll wake up and I’ll feel…
Peter: What?
Jacks: In love! You know, dizzy and feverish and nausea.
Peter: That’s not love, Jacks. That’s the flu.



Modowa Mapa Mediolanu: Via della Spiga

by MARINOVSKA

Kolejny punkt mojej mapy, Via della Spiga to ładniejsza siostra słynnej ulicy Montenapoleone (głównej ulicy wiodącej od Dumo, gdzie można znaleźć takie butiki jak Chanel, Dior czy Valentino). Czemu ładniejsza? Okolica Montenapoleone sama w sobie nie robi wrażenia, duży tam ruch, wszechobecni turyści i samochody. Natomiast Via della Spiga jest più elegante: typowa, włoska, dość długa, kamienna uliczka (na szczęście przyjazna obcasom), spokojniejsza, ale z równie imponującymi sklepowymi witrynami Prady, Dolce&Gabbana czy Lanvin. Oglądając je, słusznie możemy odnieść wrażenie, że podziwiamy ekspozycje różnych galerii sztuki współczesnej. Butki w tej okolicy zdecydowanie nie sprzyjają przeciętnej kieszeni, ale myślę, że jeśli chcecie poczuć atmosferę miasta: modnego, współczesnego a jednak włoskiego wybierzcie to miejsce: może nie z dala od zgiełku ale na jego uboczu.